Archiwum dla listopad, 2007

28
lis

Zgubiona zona…

Zgubiona zona…

Nigdy bym w to nie uwierzyl, gdybym uslyszal to od kogos. Bo jest to niewiarygodne:

Majac 25 minut do odjazdu pociagu na lotnisko cos nas podkusilo, by zajrzec na moment do drogeriiw Galerii Krakowskiej po odzywke do paznokci. W Londynie sie jej nie kupi, a w Krakowie wybor byl ogromny.
Pani konsultantka (oceniajac nas chyba po ubiorze) wyslala nas do poleczki z najtanszym badziewiem, zachwalajac wysoka jakosc kleiku o zapachu acetonu.
Udalo sie jednak pania przekonac, ze tracimy czas i sie ulotnila. Deszczowa poszla do kasy z lepszym specyfikiem, a ja pognalem do skrytki po bagaze, bo kolejka odjedzie bez nas.
Droga prosta: po schodach na dol, potem prosto przez hall, tabliczka na peron 1, bo tam czeka kolejka na Balice.

Wiec czekam na Deszczowa przy otwartych drzwiach kolejki, minuta, dwie, trzy, czte… ‘Odjezdzam za chwile. Pan na cos czeka?’
‘Tak, zona mi sie gdzies zgubila’
‘Ups, ja nie moge za dlugo czekac… Mam rozklad’
I tak ze 2 minuty po czasie: ‘Ma pan pecha, musze jechac, bo mnie pasazerowie zlinczuja’

Moja logika jest prosta. Czekam tam, gdzie powinnismy sie spotkac, nie ruszam sie, zeby sie nie minac, czekam.

Gdzie jest Deszczowa? W kolejce jej nie bylo… Ktos mnie wola przez megafon… To brzmi jak wyrok…

No i pod informacja (100 metrow od peronu) stoi. Juz nie Deszczowa, ale BARDZO DESZCZOWA.

‘To Twoja wina… I nie bylo Cie przy skrytce… I w ogole nie wiedzialam co zrobic… I zgubilam sie jeszcze w Galerii…’
Jak ja ja kocham :-)

15
lis

Zabijacz czasu

Zadnych refleksji politycznych, zadnych emigracyjnych przemyslen, zadnych zlozonych zdan. Mam 25 minut do i 25 minut z pracy + 25 minut lunchtime jak zagadam (zazwyczaj to robie) z Deszczowa przez telefon. W metrze. Czasem jest luzniej, czasem (jak sie cos sypnie) jest gorzej. Ale zawsze mam te 15 centymetrow zeby wyciagnac zabawke. Jak to bywa w autobusach w Krakowie kazdy wie. Z ta roznica, ze ludzie w Londynie sie czesciej myja. Deszczowa nagabywana przez 3 miesiace, zaspokoila moje potrzeby wyrazajac zgode na wydanie kasy na zabijacza czasu. Zgoda, a jakze, potrzebna, bo skladamy na dom :-)

Zwloki konsolki ozyly po 2 godzinach ladowania. Zakupione gierki okazaly sie kiepskie, wiec wycieczka do sklepu zaowocowala ‘tym’. ‘To’ bylo trzecim z kolei tytulem, wiec nie spodziewalem sie niczego ponad strategie. Strategie na tyle wciagajaca, ze zapomnialem o mojej sieciowej gierce, w kat poleciala komorka ze snookerem, zapomnialem o darmowych futrzakach z kolekcji onetu. ZABIC SMOKA! Zajelo mi to 71 godzin i 12 minut. Nie wiem jak to sie stalo. Po prostu zabilem smoka. Tak patrze na konsolke, na pusty ekran… Zaczynac jeszcze raz? Nie, nie przejdzie. Przeczekac i… Nie przejdzie.

Kolega popatrzyl mi wczoraj przez ramie. ‘Tam sie przeciez nic nie dzieje. Co to za gra???’.

Od 20 minut gra jest na ebaju. Dam komus innemu szanse stracic 71 godzin. A od jutra przez 25 minut z jedna i 25 minut w druga strone bede sie czujnie przygladal rurkom, reklamom, zegarkom, torbom z rzeczami, guzikom, krawatom, wzorom na kurtkach… I tak przez kilka kolejnych dni.

Deszczowa sie usmiechnela. Wreszcie moze ze mna normalnie porozmawiac :-).

13
lis

Polskie frustracje

Dlaczego…

W sumie wszyscy sie smiali, sala miala zabawe dobre 3 minuty… Ja stracilem tylko 2 zlote, ale poprawil mi sie humor. W koncu zegnamy sie z krajem, ktory daje o sobie znac bolem glowy przy byle okazji. Co sie stalo? Po kolei:

W sali odlotow na miedzynarodowym lotnisku zebrala sie juz spora grupa oczekujacych na ten najtanszy lot. Zapach swojskiej wedliny itd. Plotki, ploteczki zza plecow, Deszczowadziewczynka.wordpress.com cos tam sobie grzebie, a ja zabijam potwory w moim przenosnym centrum uciech. No i pech, zachcialo mi sie pic… Na wyciagniecie reki automat a w nim kawa. 4 razy tansza niz w barze (???) na gorze, serwujaca nawet cukier. Deszczowa wysuplala mi monete, ja ucieszony wciskam ja w automat i naciskam przycisk z napisem ‘kawa biala’.

Cisza… Bulgot… Cisza… Bulgot…

Najpierw posypal sie cukier. Zamowilem podwojny… Polecialo wiecej cukru. Znowu bulgot… Sala w smiech. Deszczowa w smiech i patrzy na mnie jak na zmoknietego kota. Automat zapomnial podstawic kubeczka. Ale to i tak nie przebije tescia, ktory zamiast ropy nalal benzyny i nie odebral nas z lotniska.